Inspiracje to miejsce gdzie dzielę się treściami, które mnie zainspirowały do rozwoju, zmiany czy też dały mi energię do działania.

5 kroków do tu i teraz. Jak to jest być obecnym we własnym życiu

Żyć w tu i teraz? Modne hasło, które nie wiele mówi. Być obecnym ? A co jest w tym trudnego, skoro żyjesz to jesteś obecny. A jednak można przeżyć życie nie będąc obecnym zupełnie.

Obecność to bycie uważnym na siebie i innych. To wiedza na temat własnych potrzeb, umiejętność usłyszenia ich i zaspakajania , a także umiejętność słyszenia i widzenia potrzeb innych oraz adekwatne odpowiadanie na nie.

Słyszenie własnych potrzeb to podstawowa umiejętność, z którą rodzi się każdy mały człowiek, ale w toku rozwoju skutecznie wytraca tą umiejętność. To powoduje, że zamiast robić to co jest dla niego niezbędne i ważne, robić to co wydaje mu się że powinien zrobić, ale robi zupełnie coś przeciwnego.

Niemowlak zawsze wie, kiedy jest głodny i w jasny sposób to komunikuje. Zresztą krzyku głodnego malca nie da się w żaden sposób stłumić.  A co robi dorosły siedząc za Wigilijnym stołem – mówi i myśli – a jestem objedzony – a co robi – zjem jeszcze tylko mały serniczek.

Tak to jest z naszą uważnością na siebie i własne potrzeby. Zamiast robić coś co nam służy robimy coś zupełnie przeciwnego. Szkodzimy sobie, występujemy przeciwko sobie, krzywdząc się zarówno fizycznie jak i psychicznie.

Nauka życia w tu i teraz to nauka obecności we własnym życiu, powrót do podstawowej umiejętności. A zacząć można od następujących kroków :

  1. Zatrzymaj się !!!!
  2. Zobacz co widzisz
  3. Powiedź : Kim jesteś w tej sytuacji ?
  4. Odpowiedź sobie na pytanie : Co Ja tu robię ?
  5. I przyjrzyj się sekwencji pytań : Co czuje? Czego chce? Po co Mi to ? Co Mi to robi?

 

To początek drogi do bycia w tu i teraz i odkrywania swoich potrzeb. A to świetny start do poznawania siebie, budowania świadomości i zmiany w dobrym kierunku.  To czas na to, żeby dowiedzieć się kim jestem, czego chce, co jest dla mnie ważne.

 

Co znaczy być razem w święta

Coraz bliżej święta i jak tu nie zwariować w pędzie przedświątecznym. No i tu nasuwa mi się pytanie po co pędzimy? Do czego pędzimy? A może raczej przed czym uciekamy biegając po centrach handlowych szukając coraz to droższych prezentów, wyszukanych potraw.

Ja w tym roku już nie pędzę, bo przecież największym prezentem na święta jestem ja sama. To że jestem daje innym poczucie szczęścia, choć na co dzień pewnie tego nie zauważają. Tak samo jak każdy z nich daje mi poczucie szczęścia jak jest ze mną. Wiec ja prezenty mam najlepsze i najważniejsze – swoją rodzinę przy sobie w dniu Wigilii. I żeby im o tym przypomnieć postanowiłam ten dzień spędzić właśnie razem ze Wszystkimi moimi najbliższymi.

Gdzieś się wszyscy pogubiliśmy w tym pędzie i ucieczce przed samym sobą więc na te Święta marzy mi się żebyśmy już przestali biegać i uciekać tylko wspólnie pobyli razem.

I tak jak myślę o tym jak to zrobić czyli jak zatrzymać choć na chwilę tą zabieganą maszynę to przyszło mi do głowy kilka pomysłów.

Po pierwsze – przy kolacji nie rozmawiamy o innych ludziach, polityce, wydarzeniach itp. Po co rozmawiać co słychać u Pani Stasi skoro de facto nie wiem co słychać u tych, którzy siedzą przy stole.

Po drugie – mówimy o tym co robimy obecnie, co było trudne dla nas w ostatnim roku, czego potrzebujemy teraz, o czym marzymy, czego potrzebujemy od siebie wzajemnie.

Po trzecie – dzielimy się sukcesami czyli mówimy o tym co było dla nas najważniejsze , co nas zbudowało, z czego jesteśmy dumni a co wydarzyło się od ostatniej wigilii.

Po czwarte – śmiejemy się i żartujemy razem, śpiewamy kolędy.

Po piąte – robimy coś wspólnie co sprawia nam wszystkim przyjemność. W tym roku siedzimy razem na kanapie i wspólnie oglądamy radosną, wielopokoleniową komedię pozwalająca śmiać się do łez i dzieciom i dziadkom. Wszyscy są zdecydowanie za tym pomysłem z babcią włącznie J

Czy to wystarczy do tego, żeby być razem tu i teraz ?

Życzę Wam żeby udało się w te Święta pobyć razem. To razem to chwila kiedy jest zaufanie, bliskość, miłość, radość, szacunek, szczęście. Tego życzę Wam i sobie.

PS.Tradycyjne prezenty też będą tylko nie będą tradycyjne, ale tego nie zdradzę bo nie będzie niespodzianki.

 

Happiness Officer – specjalista ds. szczęścia w Twojej organizacji?

Czy w Polsce jest to możliwe, żeby zostać specjalista ds. szczęścia ? Czy jakiekolwiek ministerstwo byłoby wstanie odważyć się na taki ruch? Zamiast zadawać pytania w eter chyba warto po prostu zadać je potencjalnym zainteresowanym. Cóż, to chyba mam wyzwanie 🙂

Laurence Vanhee mówi o tym w jaki sposób stworzyć sexy miejsce pracy, a raczej o tym jak stworzyć miejsce pracy gdzie ludzi będą czuli się szczęśliwi i spełnieni. Mówi o tym jaką nową funkcje powinien przyjąć HR i jakie nowe wyzwania go czekając w najbliższym czasie. Mówi o tym że się da cytując liczby, które stoją za jej eksperymentem.

A dziś nazywa się Happiness Officer- czy to nie fajne zostać specjalista ds. szczęścia 🙂

A zatem gdybyście jednak mieli możliwość zrobienia tego przede mną  – mowa o moim wyzwaniu – to polecam film o tym jak to się robi w Belgii. Świetna inspiracja do tego w jaki kierunku zmieniają się organizację, czego potrzebują ludzie i co powoduje że odnajdują sens w pracy. To doskonały przykład nowoczesnych organizacji.

Tym razem po francusku :

Historia o rozgwiazdach

 

Ta historia opowiedziana na konferencji coachingowej w tym roku mocno mnie poruszyła. Pewnie znałam ją wcześniej, ale miejsce i sposób jej przekazu trafił tym razem. Zawsze kiedy słyszę od moich klientów “nie da się” albo  ” to nie mam sensu” korzystam z niej.

Jak myślę o tym po co powstał ten blog to ta historia też jest mi bliska. Dumna jestem dzisiaj z tego, że  jestem jedną z tych osób, które wrzucają te rozgwiazdy do morza.

Mam nadzieję, że ta historii będzie dla Was na tyle inspirująca, że w różnych sytuacjach zdecydujecie się zostać “tym małym chłopcem”.

A oto historia :

Straszliwa burza rozszalała się na morzu. Ostre podmuchy lodowatego wiatru przeszywały wodę i unosiły w olbrzymich falach, które spadały na plażę, niczym uderzenia młota mechanicznego. Jak stalowe lemiesze orały dno morskie, wyrzucając z niego na dziesiątki metrów od brzegu małe zwierzątka, skorupiaki, małe mięczaki.
Gdy burza minęła, tak gwałtownie jak przyszła, woda uspokoiła się i cofnęła. Teraz plaża była pokryta błotem, w którym zwijały się w agonii tysiące, tysiące rozgwiazd. Było ich tyle, że plaża wydawała się być zabarwiona na różowo.
Zjawisko to przyciągnęło wielu ludzi ze wszystkich stron wybrzeża. Rozgwiazdy były prawie nieruchome. Umierały.
Wśród tłumu stało również dziecko, trzymane za rękę przez ojca. Oczyma zasmuconymi wpatrywało się w małe rozgwiazdy. Wszyscy na nie patrzyli, ale nic nie robili. Nagle dziecko puściło rękę ojca, zdjęło buciki i skarpetki, i pobiegło na plażę. Pochyliło się i małymi rączkami wzięło trzy rozgwiazdy, i biegnąc szybko zaniosło je do wody, potem wróciło i zaczęło robić to samo. Zza cementowej balustrady jakiś mężczyzna zawołał:
– Co robisz chłopczyku?
– Wrzucam do morza rozgwiazdy. W przeciwnym razie wszystkie zginą na plaży – odpowiedziało dziecko.
– Tu znajdują się tysiące rozgwiazd, nie możesz uratować ich wszystkich. Jest ich zbyt wiele! – zawołał mężczyzna. – Tak dzieje się na tysiącach innych plaży wzdłuż brzegu! Nie możesz zmienić tego faktu!
Dziecko pochyliło się, by wziąć do ręki inną rozgwiazdę i rzucając ją do wody, powiedziało:
– A jednak zmieniłem ten fakt dla tej oto rozgwiazdy.
Mężczyzna przez chwilę milczał, potem pochylił się, zdjął buty i skarpety, i zszedł na plażę. Zaczął zbierać rozgwiazdy i wrzucać je do morza. Po chwili zrobiły to samo dwie dziewczyny. Było ich czworo, wrzucających rozgwiazdy do wody. Po paru minutach było ich 50, potem 100, 200, tysiące osób, które wrzucały rozgwiazdy do morza. W ten sposób uratowano je wszystkie.

Wystarczyłoby, aby dla przemiany świata ktoś, nawet mały, miał odwagę rozpocząć. ( Bruno Ferrero)